Wspomnienia Edyty Elżbiety Mycielskiej

Moi rodzice Albert i Julia Klimera urodzili się i zamieszkali w miejscowości Kosztowy, koło Mysłowic. W Kosztowach moja mama prowadziła sklep spożywczy. Po pierwszej wojnie światowej w 1918 roku rodzice moi kupili z ogłoszenia w gazecie nieruchomość o nazwie „Karasol” od spadkobierców rodziny „Grzegorczyk”. Posiadłość ta położona była na granicy miejscowości Ornontowice i Orzesze, przy skrzyżowaniu dróg w kierunku Gliwic, Rybnika i Mikołowa. Na tej nieruchomości znajdowały się następujące zabudowania: restauracja z salą taneczną i wyszynkiem oraz z werandą, na której w lecie podawano napoje chłodzące, sklep spożywczy i fryzjer. W podwórzu usytuowany był dom z kilkoma lokatorami i kręgielnia. Od strony ulicy Bujakowskiej znajdował się młyn zbożowy, zabudowania gospodarcze i mały parterowy budynek, w którym mieszkała wieloosobowa rodzina państwa Kiszków. Za zabudowaniami usytuowany był ogród owocowy i warzywny oraz altana koncertowa z podwyższeniem dla orkiestry. Wiosną 1919 roku moi rodzice przyprowadzili się do do Ornontowic, po zakończeniu działalności handlowej w zakupionym sklepie przez jego najemczynię panią Wohle oraz likwidacji swojego sklepu w Kosztowach. W Ornontowicach urodziłam się ja 5.12.1919 roku, mój brat Wolfgang Walerian 9.02.1921  i siostra Adelajda 23.12.1926r. Moja mama Julia prowadziła sklep spożywczy, a ojciec Albert młyn zbożowy, natomiast restauracja była wydzierżawiona. Byłam w internacie u sióstr Boromeuszek w Mikołowie od 1926 do 1932 roku, a następnie dojeżdżałam do szkoły średniej codziennie pociągiem. Po ukończeniu szkoły pomagałam ojcu przy obsłudze klientów w restauracji, mama prowadziła sklep spożywczy, a młyn przebudowany na elektryczny został wydzierżawiony. Tak było do sierpnia 1939 roku. W radiu słyszało się często wiadomości, że Niemcy szykują się do wojny. Ojciec namawiał mamę, żebyśmy udali się do pobliskiego Dębieńska, bo w pobliżu naszych zabudowań znajduje się kolejowy oraz drogowy punkt węzłowy i może być bitwa. W piątek pierwszego września 1939 roku około godziny 4 rano, mojego ojca zbudził warkot samolotu, mój brat i ja też go usłyszeliśmy. Ubraliśmy się i zeszli z ojcem na werandę. Mama i siostra Adelajda jeszcze spały. Słyszeliśmy i widzieli więcej samolotów. Ojciec powiedział „wojna się zaczęła”. Następnie udaliśmy się do kuchni czegoś się napić. Po jakiejś godzinie wyszliśmy z ojcem na werandę i nagle zza domu przygalopował na koniu żołnierz w hełmie i zapytał po niemiecku, czy nie widzieliśmy tu kogoś. Ponieważ znaliśmy język niemiecki i zrozumieli zadane pytanie, ojciec odpowiedział że nie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nagle od strony linii kolejowej przed hutą szkła, gdzie stał wagon kolejowy, padły strzały i żołnierz szybko umknął na koniu, a myśmy schowali się do domu. Ponieważ mój ojciec walczył jako żołnierz w pierwszej wojnie światowej, powiedział nam, to żołnierz niemiecki z odpowiednim oznaczeniem na hełmie. Moja mama z siostrą Adelajdą zeszły ubrane z mieszkania na górze do kuchni i zrobiły nam coś do jedzenia, ale za chwilę usłyszeliśmy i zobaczyliśmy nadjeżdżające czołgi, samochody oraz idących w naszym kierunku od strony Gierałtowic żołnierzy. Dowiedzieliśmy się, że niemieckie wojsko maszeruje z Gliwic przez pobliskie wsie do Ornontowic. Byliśmy przestraszeni tym wszystkim, gdy nagle niemieckie dowództwo usadowiło się na naszej werandzie i kazało sobie podać napoje chłodzące. Oficer rozłożył na stole jakieś mapy i pytał czy jeszcze jest daleko do miejscowości Brada, Mokre i Wyry. Następnie kazano nam iść do piwnic, bo będzie atak na te miejscowości i może tu spaść jakiś odłamek, to lepiej ukryć się w piwnicy. Przebywaliśmy tam do południa i po południu. W nocy pozwolono nam spać w swoim mieszkaniu. W sobotę musieliśmy znowu podawać w restauracji wojsku piwo, wódkę i napoje, a mama w sklepie podawała im papierosy, tytoń, czekolady i kakao. Byliśmy bardzo zmęczeni i wystraszeni, bo nie jedliśmy nic gotowanego. Nagle w sobotę po południu wpadł do naszej restauracji żołnierz z opaską „Feldgandarm” (żandarmeria połowa) i krzyczał do obecnych tu żołnierzy „ Kameraden alles in ale Schutzengraben” - koledzy wszyscy do rowu, a wy do piwnic. Ojciec, którego widziałam wtedy ostatni raz, kazał mi zamknąć okna oraz drzwi na klucz i powiedział, jak pozamykasz te pomieszczenia, to przyjdź do nas do piwnicy, a sam pobiegł przez sień do sklepu do mamy, aby zabrać ją do piwnicy. Zanim wszystko pozamykałam w restauracji, padły strzały w futryny naszych drzwi z usytuowanego w odległości około 300 metrów wagonu kolejowego, znajdującego się w pobliżu zabudowań państwa Pajączków i huty szkła. Przestraszyłam się i nie pobiegłam tak jak mój ojciec z przodu budynku do piwnicy,w której znajdowali się moi najbliżsi, lecz wybiegłam przez tylne drzwi na podwórze obok młyna do innej piwnicy. Przebywały tam już rodziny naszych lokatorów oraz teść najemcy naszego młyna, razem 16 osób. Cały czas słyszeliśmy strzelaninę, hałas i krzyki. Siedzieliśmy wszyscy w ciemnej piwnicy. Ponieważ małe dzieci były już bardzo zmęczone, jedna z naszych lokatorek położyła je na znajdującej się we wnęce słomie. Mężczyźni, których było pięciu siedzieli na schodkach prowadzących do piwnicy. Nie wiem, która była już godzina, ale prawdopodobnie dziewiąta lub dziesiąta w nocy, kiedy nagle otworzyły się drzwi do piwnicy i weszło 2 żołnierzy niemieckich. Ten pierwszy miał w ręce pistolet i latarkę, natomiast drugi żołnierz posiadał karabin. Żołnierz z latarką zapytał mężczyzn,co tu robią, odpowiedzieli, że wojsko kazało nam tu iść. Zaświecił również latarką w kierunku piwnicznej wnęki, gdzie przebywały kobiety z plączącymi dziećmi. W tym pomieszczeniu przebywałam również ja. Żołnierz zapytał, czy ktoś zna język niemiecki, a lokatorki wskazały na mnie, córkę właścicielki tego domu. Następnie żołnierz zapytał mnie, ile osób przebywa w piwnicy, odpowiedziałam, że siedemnaście. Kazał mi iść przed nim po najbliższych piwnicach. Nasz dom był cały podpiwniczony, posiadał duży ganek, piwnice na beczki sklepowe, piwo oraz po dwie piwniczki dla lokatorów. Idąc przed żołnierzem tym gankiem, bałam się i modliłam w duchu, żeby w następnych piwnicach nikt się nie ukrywał. Gdy dotarliśmy do końca ganku i schodów, żołnierz powiedział, że zostałaby Pani zastrzelona, gdyby nie mówiła prawdy. Musieliśmy wszyscy wyjść z piwnicy i ustawić się w rzędach po 4 osoby. Najpierw kobiety i dzieci, a następnie mężczyźni. Gdyśmy ustawiali się ,wokoło było dużo niemieckich żołnierzy. Poinformowali nas, że zaprowadzą w bezpieczne miejsce, ale mamy nie rozmawiać i oglądać się oraz iść prawą stroną drogi. Gdyśmy szli w nocy skrajem szosy, jej środkiem jechały czołgi, samochody i maszerowała piechota. Zaprowadzili nas pod budynek restauracji wybudowanej przez moją ciocię Annę Gaja naprzeciw kopalni węgla kamiennego w Orzeszu. Znajdowało się tam wielu pijanych żołnierzy niemieckich, którzy nas otoczyli i krzyczeli kim jesteście: partyzantami czy rozbójnikami strzelającymi z ukrycia. W pobliżu tego budynku spędzono również kilka osób z sąsiednich miejscowości, którzy uciekli z domów ze strachu. Żołnierze zamknęli wszystkich mężczyzn w piwnicach tego budynku, natomiast kobiety i dzieci ulokowali w małym pokoju na pierwszym piętrze. W pokoiku tym znalazłam się ja, dwie nasze lokatorki z szóstką małych dzieci oraz trzech większych chłopców. Znajdowały się tam dwa łóżka bez sienników i materacy, na których położono małe dzieci, natomiast pozostałe osoby ulokowały się na ziemi. Przez całą noc za drzwiami przechadzał się wartownik. Nad ranem do pokoju wszedł żołnierz i otworzył jedyne znajdujące się w tym pomieszczeniu okno i zakazał nam wychylać się przez nie, bo na dole jest wojsko i może do nas strzelać. Powiedział również, że rano przyjadą samochody i zawiozą was do Otmuchowa i przez ŃFS będą poszukiwać waszych krewnych. Około południa wszyscy zatrzymani zostali wyprowadzeni z tego budynku i zrobiono nam wspólne zdjęcie. Zaczęły podjeżdżać ciężarówki, na które ładowano zgromadzonych ludzi. Ponieważ nie było tu nikogo z mojej rodziny, nie chciałam być wywieziona do Otmuchowa. Poprosiłam młodego żołnierza niemieckiego, żeby zaprowadził mnie do domu moich rodziców. Jego dowódca wyraził na to zgodę. Kiedy przechodziliśmy koło huty szkła, żołnierz zapytał mnie, jak długo jeszcze pójdziemy. Odpowiedziałam, że mój dom w którym znajduje się restauracja, usytuowany jest na najbliższym skrzyżowaniu dróg. A on odpowiedział, przecież to jest spalone. Ja nie mogłam nic dostrzec, ponieważ wokoło naszego domu rosły olbrzymie kasztany i lipy. Nagle zauważyłam wypalony dom bez okien i snujący się wszędzie dym. Towarzyszący mi żołnierz przeszedł na drugą stronę ulicy, do stojących tam swoich kolegów. Na pobliskiej łące, gdzie po wojnie wybudowano dwa bloki mieszkalne dla pracowników huty szkła, spędzono wtedy wiele kobiet i mężczyzn. Znajdujący się tam niemiecki oficer oświadczył, że jeśli z pobliskiego lasu padnie chociaż jeden strzał, to zostanie rozstrzelanych 10 zatrzymanych mężczyzn. Gdy podeszłam na tę łąkę, usłyszałam słowa „zastrzelili ich, a teraz zakopują”, więc zaczęłam głośno płakać. Stojąca w pobliżu kobieta powiedziała do mnie, co ty płaczesz, to nie waszych zastrzelili, ale „Tutajów”. Ktoś powiedział, że ich wyprowadzili z piwnicy, ponieważ oświadczyli, że są Polakami. Ustawili ich przed zgromadzonymi tam mężczyznami i kobietami nad wykopanym przed wojną na łące okopem. Najpierw osiemnastoletni Zygmunt Tutaj, który jako ostatnie życzenie zapalił papierosa, został zastrzelony i wrzucony kopniakiem do okopu, a następnie zamordowano jego ojca. Ponieważ moi rodzice, siostra, brat, babcia Zofia, kuzyn Paweł Palka, wujostw Alojzy i Maria Ryguła z córką Heleną oraz lokatorzy, razem ponad 20 osób znajdowało się w drugiej piwnicy, nie wiedzieli, że dom został podpalony. Kiedy poczuli dym z palącego się domu, otworzyli drzwi wychodzące na ulicę i wyszli na zewnątrz, jednak wtedy zaczęli strzelać do nich niemieccy żołnierze. Po chwili kazali im udać się na pobliską łąkę, gdzie mężczyzn ustawiono osobno, a kobiety z dziećmi w innym miejscu. Następnie załadowano ich do samochodów ciężarowych. Mojemu ojcu założona kajdanki na ręce, podobno się rozpłakał i mówił, że nie posiadał broni i nie strzelał. Wszystkie osoby tam zatrzymane, zostały wywiezione do Gliwic i zamknięte w „Prezydium Policji”. Mężczyzn zamknięto w piwnicach, natomiast kobiety z dziećmi umieszczono w celach więziennych. Po przesłuchaniu kobiety z dziećmi zwolniono 4. września i odwieziono do Gierałtowic, skąd pieszo około 5 kilometrów udały się do swoich domów. Natomiast mężczyzn zatrzymano i mówiono, że przyjadą później. Jednak granica do Gliwic została chwilowo zamknięta i nie można było z tymi mężczyznami się skontaktować. Po pewnym czasie granicę otwarto i kuzyn zawiózł na rowerze moją mamę do Gliwic. W „Prezydium Policji” powiedziano jej, że mężczyzn wywieziono do więzienia w Rawiczu. Wujek Wojciech Fityka udał się niezwłocznie do Rawicza, aby interweniować w sprawie ich zatrzymania. Na miejscu stróż więzienny powiedział wujkowi, że wysłano ich do „Reichu”, lecz nie wie dokąd? Po dłuższym czasie mama otrzymała wydrukowaną kartkę z obozu koncentracyjnego „Buchenwald” znajdującego się koło Weimaru w Turyngii. Ojciec oraz mój brat pisali, że niczego im nie potrzeba, ponieważ w kantynie obozowej mogą sobie wszystko kupić. Ponieważ moja mama ciągle interweniowała w niemieckich urzędach w sprawie uwolnienia swoich krewnych, to wysłała do obozu w „Buchenwaldzie” opinię z urzędu naszej gminy oraz poręczenie dla zatrzymanych. Poskutkowało to zwolnieniem do domu 9.02.1940 roku mojego brata Waleriana i wujka Alojzego Ryguły. Natomiast mój ojciec Albert Klimera w tym obozie zachorował, bo odmroził sobie jedną nogę i lekarz dał mu zastrzyk na serce, co spowodowało jego zgon w dniu 26. lutego 1940 roku. To był największy cios w naszym dotychczasowym życiu. Mieliśmy dobrego, pracowitego ojca, który nie palił papierosów i nie pił alkoholu. Mama chciała sprowadzić urnę z prochami ojca i odprawić mu w Ornontowicach uroczysty pogrzeb. Lecz mój brat powiedział, że w obozie przebywa około 10000 więźniów i dziennie pali się w piecach krematoryjnych wiele ciał zmarłych, to przesłane prochy nie będą z naszego ojca. Po zakończeniu wojny przeczytałam książkę „Za drutami i kratami 3 Rzeszy” ,w której opisano życie w obozach koncentracyjnych i nie chciałam w to wierzyć. Powiedziałam bratu, że to propaganda, on oświadczył, tak naprawdę było. Ja na to, dlaczego po powrocie z obozu nic nie mówiłeś, brat oświadczył, bo nam nie było wolno na ten temat rozmawiać. Nazwisko i imię tragicznie zmarłego mojego ojca Alberta Wojciecha Klimery zostało umieszczone na pomniku znajdującym się w Orzeszu na cmentarzu katolickim.

 

Restauracja Karasol

Od lewej strony : Elżbieta , Julia , Adelajda , Walerian oraz Albert Klimera

Wspomnienia spisane przez syna Alberta Mycielski